bo owieczki robią me!

lipiec 25, 2008

“Brunetki, blondynki, ja wszystkie was dziewczynki…”

Było ich kilku. Ilu dokładnie nie wiem. Nigdy nie liczyłam. Każdy był wyjątkowy i jedyny. Nie można ich wrzucić do jednej kieszeni. Byli różni rangą i uczuciem. Były wielkie romanse i przygody na jedną noc. Zawiedzione nadzieje też się zdarzały.

Pierwszy amant był w żłobku. Nie pamiętam go osobiście, ale mama opowiadała. Mówiła mi przez wiele o narzeczonym moim dziecięcym. Słuchając tych opowiadań, jako smarkula, rumieniłam się i zaprzeczałam na wszystkie możliwe sposoby. Kiedy troszkę dorosłam, stwierdziłam, że to fajne wspomnienie, średnio moje, ale o mnie. Mogłam się chwalić wszystkim, że podboje miłosne już w żłobku zaczęłam. To były czasy. W wieku już o wiele dojrzalszym, postanowiłam odnaleźć Maćka. Pomogło mi w tym wszechwiedzące grono. Znalazł się tylko jeden młodzieniec o tym nazwisku i moim mieście. Zdjęcie było nader intrygujące. I zagadałam. Pierwsze wrażenie było dziwne, nie wiedziałam, jakiej odpowiedzi się spodziewać. Potem przyszło rozczarowanie, że mnie nie pamięta, że jemu nikt o mnie nie opowiadał. Ale rozczarowanie szybko zmieniło się w świetna zabawę. Rozmowy całonocne, wielkie wybuchy śmiechu i wspólne plany na przyszłość. Okazało się, że tak wiele nas łączy i tak dobrze się rozumiemy. I byłam pewna, że z nim kiedyś już rozmawiałam, że znamy się bardzo dobrze, mimo, że nie znamy się wcale. Wiedziałam. No, ale plany planami, a do tej pory do ponownego spotkania twarzą w twarz nie doszło. A szkoda, wielka.

Następny młodociany kochaniec był w przedszkolu. Poznaliśmy się w trzeciej grupie. Wstyd przyznać, ale nie jestem pewna czy miał na imię Łukasz. Bardzo nad tym boleję. Był sobie chłopiec wysoce inteligentny jak ja. Umiał już ładnie czytać, podobnie do mnie, więc pani w trakcie ‘zajęć edukacyjnych’ pytała nas bardo rzadko, kiedy miała już dosyć reszty ignorantów. A w międzyczasie, siedząc koniecznie obok siebie na krzesełkach w kółku, wymyślaliśmy przeróżne zabawy. Zgadywanki i zgadule. Po znane wszystkim poszukiwanie przedmiotu w sali, o którym myślało jedno z nas, po zgadywanie koloru majteczek drugiej osoby (najczęściej moich). Podczas posiłków przy jednym stole, oczywiście kopiąc się pod nim. Na leżakowaniu też na łóżeczkach obok siebie, przedrzeźniając i robiąc głupie miny. Byleby pani nie zauważyła. Na dworze zawsze biliśmy się o piłkę, chociaż inne leżały nietknięte. Wspólne zjeżdżanie ze zjeżdżalni. Najgorzej wspominam ciągnięcie za mojego warkocza, to było bardzo dziecinne i nie na miejscu. Czasami dostałam mlecza, czasami bukiecik koniczyny. Po latach dowiedziałam się o kilku złamanych sercach w przedszkolu. Przykro mi, ale zawsze byłam monogamistką.

Później nastąpiła przerwa w miłostkach. Śmiertelnie zakochana w koledze z ławki i zarazem najlepszym kolegą z klasy, przecierpiałam trzy lata, kiedy to wchodząc na inne piętra (piętra klas starszych), poznałam świat kolegów nieco dojrzalszych. Miałam do nich tym łatwiejszy dostęp, że brata o 4 lata starszego w szkole jeszcze miałam, dzięki zacnemu systemowi ośmiu klas. Tak więc gonitwy po korytarzach, zmiana imejdżu, wzgarda rówieśnikami. Ale kiedy doszło co do czego i obiekt moich westchnień (jak i reszty żeńskiej połowy szkoły, a co, mogę się pochwalić)ze starszej klasy zaczął się mną interesować, powiedziałam mu bardzo dorosłe i stanowcze ‘spadaj’. Chłopak nie nalegał. Dostałam tylko jedna różyczkę na dzień zakochanych jeszcze i tak się przygoda skończyła. Jak się okazało miałam nosa niezłego. Teraz to znany na całą dzielnicę kobieciarz. Chociaż jakby się tak zastanowić, to pewnie złamane przeze mnie serce, szuka teraz pociechy w innych i znaleźć nie może, co nie dziwi mnie wcale.

Następne dwa lata kariery podstawówkowej spędziłam w miarę spokojnie. Pierwsze papierosy i alkohol i jakieś tam poboczne romanse, z których dwa są godne wspomnienia, jednak ze względu na ich znikomą jakość, pozwolę sobie je pominąć.

No i nadeszło gimnazjum. Tu nie ma się zbytnio czym chwalić. Był Janek, którego unikałam za wszelką cenę (pozostałość podstawówkowa) I był pan za 25 punktów. Piłkarz, gracz drugiej drużyny legii. Całość trwała tydzień, kiedy to pan J. postanowił przyśpieszyć nienaturalnie przebieg naszej znajomości. Dostał w czapę i sobie poszłam.

Potem była jedna z najlepszych nocy w moim życiu. Zupełnie niewinna spędzona na gitarzeniu i śpiewaniu Metallici. Wspólnie z Pawłem patrzyliśmy jak wschodzi księżyc, jak pojawiają się gwiazdy, apotem jak to wszystko znika, a na niebie znowu zasiada słońce. Wtedy postanowiliśmy się położyć. Znaleźliśmy kawałek podłogi w przedpokoju. Położyliśmy się i tak jedno w drugim niewinnie całkowicie wtuleni w siebie, bez jakichkolwiek potrzeb, patrząc tylko w swoje oczy, leżeliśmy pod zasłoną. Rano trzeba było się rozstać. Ale nigdy nie zapomnę jego oczu. Ale ten przecudny wariat, który nosił mnie do góry nogami i tak też postawił mój świat, zniknął tego samego ranka. Wrócił do pochmurnego ojca i dziewczyny, która bezustannie go zdradzała.

W wakacje po gimnazjum było troszkę szumu. Jak to wakacje. Poznałam Homera. Sebastian był tym, czego szukałam w płci mniej pięknej. No, ale w wakacje spotkaliśmy się raz i tyle. Dużo goręcej zaczęło się robić w roku szkolnym. Odprowadził mnie do domu, posiedzieliśmy sobie razem, kot go polubił, czyli mama też. Był oszałamiająco przystojny, dobrze wychowany, szarmancki, inteligentny, oczytany. Cud miód. Przyjemnie się z nim rozmawiało, spacerowało, opowiadaliśmy sobie tysiące rzeczy. Koleżanki mi zazdrościły, a ja postanowiłam się nie spieszyć. Pozwolić, żeby wszystko powoli, samo się rozwijało. Ale chyba byłam zbyt wolna. Po jakimś tam wyjeździe, zielonej szkole czy cuś, przestał się odzywać, odpowiadał wymijająco na smsy. Cały urok znajomości prysł, kiedy dowiedziałam się, że wyznał miłość mojej psiapsióle. I to tej najgłupszej. Poczułam się źle.

Postanowiłam odpocząć. Odpoczywałam dość długo, bo do wakacji. A wakacje były burzliwe, bardzo nawet. Co tam się działo szkoda opowiadać. Był przyjaciel z dzieciństwa, towarzysz najlepszych zabaw. Byli zagraniczni towarzysze tańców. Byłi byli znajomi koleżanek. Były ulotne spojrzenia na ulicy, rozmowy z nieznajomymi. Byli koledzy z dawniejszych czasów. Było wielu, a tak naprawdę żadnego. Po ostatnim wakacyjnym wyskoku, byłam abstynentką przez trzy miesiące. I zrozumiałam, że myślę o kimś innym, kimś bliskim, a jednak odległym. Ale było za późno. Ja mu wcześniej nie dałam szansy. Trzeba było zapomnieć.

Potem przyszedł czas Kubusia. Co tam się działo szkoda słów. Chociaż chyba więcej się działo po zakończeniu ekscesu. Więcej mówić nie będę, Marta czyta ;)

No i znowu zaczęłam pić, i źle się to skończyło. Ale abstynentką już nie byłam. Chwilkę się pomęczyłam, odżałowałam spotkania ze starym znajomym, ale nie pozbyłam się go do dzisiaj. Nadal jestem jego słoneczkiem, brrr.

Kolejność mi się w międzyczasie troszkę pomieszała, wybaczcie. Ale jak jest dobrze. Kilka faktów pominęłam, bo mniej ciekawe były. Podboje miłosne we Włoszech zasługują na oddzielną notkę, której się nie doczekają. Bywało gorzej, bywało lepiej. Z każdego spotkania coś wyniosłam. Dziękuje wam wszystkim za chwile spędzone ze mną i przepraszam za chwile już beze mnie. Wszystkim, jednym mniej, innym bardziej. Życzę Wam szczęścia w życiu.

A teraz mam skarb. Poznany dziwnie, jak nigdy do tej pory. Nie umie tańczyć, daleko mu do mojego wyobrażenia ideału. Ale o dziwo moim ideałem jest. I to tylko dlatego, że jest. Nic więcej mi nie trzeba, chociaż czasem twierdzę inaczej. Po prostu rozpieszczona jestem. Mam chwilę słabości, podziwiając innych, tuląc się do kapeluszników. Ale ważny jest tylko jeden. Pięknooki zazdrośnik, mała żmija psująca mi krew. Nie wiem jak to zrobiłeś, że mnie ustatkowałeś. Coś musi być na rzeczy.

Jeszcze troszkę się ze mną pomęczysz, tak jakoś do końca życia.

czerwiec 13, 2008

Opowiastka c.d.

Kategoria wpisu: Księżniczka — by Ola @ 9:21 pm

Aż przyszedł czas zły i niedobry. Okres dojrzewania. Miliardy głupot na sekundę, Życie ‘na krawędzi’, jak wydawało się dwunastoletnim dzieciakom. Tfu, młodzieży.

Wcześniejsze znajomości zaczynały się komplikować. Przestawały wystarczać zabawy i bieganie po parkach. Pierwsze wielkie dylematy. To wtedy zaczęły docierać do dzieciaczka problemy. To wtedy pytałam, gdzie jest tata  po raz pierwszy z pełną świadomością. Były problemy ale były i radości. Coś się utwierdzało coś pękało.

Było dużo frajdy. Imprezy, imprezy i imprezy. Za dużo imprez, ale o tym nie wie mała, głupiutka nastolatka, podatna na wpływ innych. No i były ‘przypały’. Biedny pan wychowawca.

No i związki z ludźmi były już zupełnie inne. Dojrzalsze, oparte na czymś więcej niż dobra zabawa,a może właśnie głównie na tym. Wiem tylko, że moja największa przyjaźń, osoba której oddałam się całkowicie, zaufałam bezgranicznie, wzięła wszystko co jej oferowałam, zgniotła i wyrzuciła nawt nie do kosza a do rynsztoka.  No ale byli inni.

Z czasem, podstawówkowe przyjaźnie okazały się najtrwalsze i najwięcej warte. No ale w gimnazjum nie było tak źle. Wyjazdy, wypady, samotne, bez rodziców i opiekunów. Wielkie przygody i małe przemeblowania w życiu.

No i liceum, czasy teraźniejsze. Będzie co ma być. Są wspaniali ludzie wokół, za co wam dziękuję. Bo jest dzięki wam tylko siła. Może i powinnam zdawać już maturę i iść na studia. Ale póki co jest dobrze tak jak jest. Ale zawsze może być lepiej, o to chyba będziemy walczyć,nie? i żaden łuk nam nie przeszkodzi. :)

maj 12, 2008

opowiastka

Kategoria wpisu: Księżniczka — by Ola @ 12:09 przed południem
Tags: , , , , , , , , , ,

ode mnie o mnie dla mnie

“to będzie dla wszystkich, dla każdego mały fragment, chyba właśnie dlatego najbardziej będzie dla mnie”

Na środku łąki stoi topola, zasadzona przez mojego dziadka. Zaraz obok jest stara, zabita deskami studnia, którą babcia mnie straszyła. Mówiła, że stamtąd licho wyjdzie i mnie porwie, jeśli będę niegrzeczna. Ale jakoś nigdy nie wyszło. Przestrzeń między jedyny drzewem na łące, a studnią wypełniają krzaki dzikiej róży. Wielkie niegdyś gospodarstwo z każdym dziadkiem-ojcem, stawało się coraz mniejsze. Dzieliło sie między dzieci, siostry i braci. Aż stało się malutkimi, oddzielnymi pólkami.

Po lewej stronie łąki było moje królestwo. No prawie moje. Bo było tam wielu zdobywców przede mną i ze mną zresztą też. I była tam też babcia, co piekła ciasta i przynosiła ciepłe mleko od krowy. Był mój ogródek, ‘troszkę’ zapuszczony - niem miałam serca wyrywać roślinek.. I były drzewa i domki na drzewach, ciocie i wujkowie i kuzyni. I był piec zbudowany z bratem, studnia którą malowałam, boisko do kosza i wiewiórki kradnące orzechy, i hamak i zboże, dużo zboża, tajemnicze miejsce z hurtownią czterolistnych koniczynek. Była też wielka straszna stodoła przerobiona na warsztat, pełen trocin i siana. Były warzywa i owoce. Nie było tylko nudy.

Po prawej stronie był straszny opuszczony kawałek ziemi. Miejsce pełne pokrzyw, z przepyszną papierówką, tajemniczy spalony dom - pełen tajemnic i skarbów i piór z porwanych poduszek i starych konfitur cioci, których nigdy nie chciała stamtąd zabrać. I było tam jeszcze jedno miejsce, ubóstwiane przez ludzi najmniejszych - Marcinowa chatka wypełniona gołębiami, chomikami, świnkami morskimi, królikami, psem i innymi stworami z marzeń małych odkrywców.

Niedaleko była górka, zaraz za stawami, zimowa górka. Na której zjeżdżało się sankami. Była Postoła, gdzie grzyby były równie częste co niewypały. Była Zalesianka, nazywana Małą Wisłą. Były Łabędzie i stawy i kaczki i jeże. Było wszystko. Było pełno kryjówek, te milsze jak strych w ’starym domu’ i odrobinę mniej przyjemne, jak podmostowie pełne pająków i kości różnych zwierzątek.

Tam były całe wakacje, ferie, tam była beztroska i najpiękniejsze dni. Prawdziwy Dom i Rodzina. I moja Banda!

* * *

W żłobku, w przedszkolu w podstawówce było fajnie. W żłobku pierwszy narzeczony i dwie psiapsióły pluszakowe. W przedszkolu kolejny ‘przyjaciel’ i kolejne już, poważniejsze bliskie koleżanki. Pierwsze strachy i rozterki, zazdrość i smutek, śmiechy i zabawa. No i nie zapominajmy o placu zabaw! Były bale karnawałowe i snucie podstępnych planów z bratem. Tańce z panem od tańców, harce i swawole!

I była babcia, nadal, co rozpieszczała. ‘Można leżeć do drugiej, bo później mama wraca z pracy i obu się nam dostanie!’ I niedoceniane leżakowanie. było wszystko, było pięknie, no i był ten plac zabaw!

W podstawówce też było miło i przyjemnie. Klasę z przedszkola znałam w sporej części, więc nieśmiała nie byłam. Były wyjazdy, lekcje, nauka. Były bójki i gra w nogę sportu było co niemiara, ruchu i pierwsze bunty! Pierwsze wielkie tygodniowe miłości. I przyjaźnie ‘do końca życia’.

Podstawówka to czas poznawania piękna i zła. Pierwszy alkohol i papierosy, pierwsze przyjaźnie i długie rozmowy. Spacery godzinami po parkach i pobliskich uliczkach.

Przyjaźnie podstawówkowe różnie wspominam. Zależy kiedy i z kim. Były te gorsze, co sprowadzały na ‘złą drogę’ i te lepsze pełne przygód. I te i te wspominam przewspaniale! Przygodowe przyjaźnie były wielkie. Odkrywanie nowego świata, bieganie od dziupli do dziupli. Nocowanie w Tybetańskiej Chacie, zbudowanej z kartonów i folii. Trzeba uważać rano. Bo przypięta na spinacze do ubrań folia nie wytrzymuje ciężaru nocnego deszczu. Były pierwsze ‘prace dorywcze’. Zmagania ze złymi psami podczas nocnych wypraw rowerowych.
Podpalanie łąki i gaszenie jej w popłochu, kiedy okazywało się, że sucha trawa dość dobrze się pali, i uciekanie z miejsca zbrodni. Podrywy nad rzeka sięgającą kolan. pogrzeb wiewiórki znalezionej na drodze i sekcja zwłok martwego kruka. Pierwsze próby strzeleckie do starych puszek, organizowane wystawy motyli i zabawa z ‘zwariowaną forsę’ z żabą w ręku. Były przygody było piękne życie. I dyskoteki szkolne!

Wtedy wróciłam do tańców. Wywijałam z kolegą z klasy niższym o głowę. Treningi judo wymagające wytrzymałości i skupienia, dawały się często w kość. Rozwijałam wszelkie talenty. Zarówno plastyczne jak i muzyczne. Lepiłam garnki z gliny, grałam na flecie i gitarze, śpiewałam w chórkach i malowałam obrazy!

* * *

cdn.

kwiecień 30, 2008

Grubości!

Kategoria wpisu: tuxowate i tym podobne — by Ola @ 8:00 pm
Tags: ,

To był przełomowy ranek. Zeskakując z łóżka wzbudziłam w wysłużonej podłodze wstrząsy o sile przynajmniej pięciu stopni w skali Richtera. Chwilę później turlałam się po podłodze z kotem aż do momentu, w którym znalazłam się na nim. Kocina miauknęła boleśnie i niczym rakieta w mgnieniu oka osiągnęła swój cel awaryjny, czyli miejsce pod stołem w kuchni. Wtedy pomyślałam – coś jest nie tak.

Żaden ze mnie Conan, a już na pewno nie barbarzyńca, ale faktem jest, że mogę burzyć domy. Całą sobą. Masa krytyczna, masa w ogóle, wszystkie masy, jakie możecie sobie wyobrazić – osiągnęły poziom, z którego nie ma już odwrotu. Trudno, stało się: jestem gruba. Ochy i achy nie pomogą, diety cud-miód (bez orzeszków) nie podziałają. Żadne też tłumaczenia złośliwców, że niby to jestem w sam raz, że nie za chuda, nie za gruba. No przecież widzę! Tak, wzrok mam jeszcze niezły. A kolejne wałki tłuszczu biorę, że tak powiem, na czucie.

Czucie-przeczucie, ale kot był i zwęszył pismo nosem już dawno temu, próbując mnie sprowadzić na dobrą drogę. A to starał się zeżreć mi obiad prosto z talerza, a to rzucał pod nogi, gdy podchodziłam do lodówki. Teraz to wszystko układa się w logiczną całość, kot mnie po prostu chciał przegonić-ochronić przed tym, co mnie spotkać musiało nieuniknienie. Niestety o tym już kot nie wiedział, a co się nacierpiał, to jego. W tej sytuacji mogę tylko mojego kota przeprosić obiecując solennie, że kogo jak kogo, ale z niego nigdy nie uszczknę ani kawałka. Ani uszka.

Bo głód, choć wszechpotężny i obecny na każdym kroku – opanować można. A najlepiej się z głodem zaprzyjaźnić, zmusić go, by wpompowywał we mnie potrawy, których od zawsze nie znosiłam. Niech pozwala mi trawić wszystko to, co zdrowe, a niesmaczne. Niech kilokalorie miesza z witaminami, wapniami, solami. Niech to wszystko się we mnie przeżera i pączkuje, niech moje grubiaństwo nie będzie po nic, niech mi ono zakwitnie jakąś taką świeżością, słuszną posturą i bicepsem zdolnym mnie ochronić przed każdym złym słowem i czynem. Niech w głodzie znajdę ukojenie i szczęśliwość, towarzyszem życia będzie mi on. Tego pragnę.

Silna swoją nadwagą.

kwiecień 20, 2008

Als ich ein Vogel war!

Als ich ein Vogel war

Als ich ein Vogel war,
Verbrach ich die ganze Zeit am Himmel,
Meine Flügel brachten mir in unbekannten Orten,
Ich war endlich total frei.

Die Sonne war mein bester Freund,
Die Wolken benutzte ich wie Matratzen,
Ich sah nach oben und sah nur
Die Menschen als die Ameisen.

Ich war außer alle Problemen,
Ich blieb das alles auf der Erde,
Ich dachte nur, wonach ich noch fliegen konnte,
Ich hatte kein Pflichten.

Ich konnte schreien,
wie ein Schlosshund heulen,
Und niemand fragte nie danach,
warum ich ohne Gründen weine.

Ich werde wirklich frei!

Gdybym była ptakiem

gdybym była ptakiem
cały czas spędzałabym na niebie,
moje skrzydła zabierałyby mnie w nieznane miejsca
w końcu byłabym nieskończenie wolna

Słońce byłoby moim najlepszym przyjacielem,
Chmur używałabym jako materaców
Patrzyłabym w dól i widziała tylko
Ludzi jako mrówki

byłabym poza wszystkimi problemami
zostawiłabym to wszystko na ziemi
myślałabym tylko dokąd mogę jeszcze polecieć
Nie miałabym żadnych obowiązków

mogłabym krzyczeć,
Wyć jak pies do księżyca
i nigdy nikt by mnie nie spytał
dlaczego płaczę bez powodu.

Byłabym naprawdę wolna!

Następna strona »

Strona zbudowana przy pomocy WordPress.com